Dziś przed nami cały dzień zwiedzania KL. Wstajemy najwcześniej jak tylko mogę, czyli około 8 i po szybkim prysznicu i jeszcze szybszym śniadaniu (ryż, gotowane jarzyny, COŚ, tosty, żółty ser, dżem pomarańczowy, kawusia) wybywamy z hotelu. Żwawym marszem (jeszcze) docieramy stacji Ampang Park, skąd za 1 MYRa przejeżdżamy jeden przystanek do KLCC, czyli pod wieże Petronas. Jazda, jak się wcześniej i później przekonujemy, kolejkami miejskimi w KL to bajecznie prosta sprawa. Wszelkie oznaczenia tak czytelne, że nie tylko małpy ale i myszy by sobie poradziły, nie mówiąc o tubylcach i turystach. Na dodatek w pociągu nie dostrzegłem ŻADNEGO motorniczego, a wagony zatrzymują się w dokładnie oznaczonych miejscach, gdzie są drzwi. Panie ministrze od komunikacji, niech pan wyda tych kilka złotych, przyjedzie tu, zobaczy jak się to robi i zastosuje w Polsce! Chyba stałby się pan najszybciej pobłogosławionym ministrem! Poza tym, są pociągi o różnej długości. Więc nad drzwiami (perony nie są otwarte lecz na całej długości zamknięte i posiadają drzwi, podobnie jak w windach) zapalają się światełka, mówiące w których miejscach należy wsiadać! Nie wspomnę o wyświetlaczu, który z dokładnością do sekundy podaje czas przyjazdu pociągu. Ani świetnym (wg mnie) sposobie sprzedaży i zabierania biletów do powtórnego użytku. Ech…
Ale wychodzimy na zewnątrz. Pierwsze wrażenie niesamowite. Urzeka konstrukcja, ogrom, wygląd. Wokół masa turystów „strzelających” fotki. I tak z każdej strony. Wchodzimy do środka, gdzie tłumy kłębią się w niezliczonych sklepach, sklepikach, boutikach. Na zewnątrz temperatura około 34oC, wewnątrz przejmujący chłód zapewne jakieś 25oC. Oglądamy czego nie kupimy, czy jest coś, co nas zadziwi. Chyba ilość restauracji, kawiarenek, barów i wszelkiej maści jadłodajni. Z menu „fotograficznego” wybieramy coś dla ciała, ale bez fajerwerków. Jedziemy do wieży TV. Inkasują od nas 100 MYR i wjeżdżamy na czwartą na świecie (co do wysokości) wieżę. Nie powala nas na kolana – wieża w Szanghaju bije ją jednak na łeb! Brak szklanej podłogi, przez którą można sobie oglądać ziemię. Ale mimo wszystko widoki dookoła piękne, widoczność mamy doskonałą. Obchodzimy kilka razy wkoło i pospieszny zjazd na dół. W pakiecie mamy jeszcze symulator jazdy bolidem F1, więc korzystamy. Ania zalicza kilka razy rampę i trybuny, ja kręcę na torze jakieś ósemki. Ale na prostej i czasem na łuku wyciskam ze swojego pojazdu całą moc. Niestety, do Chinatown nie dało się nim dojechać, korzystamy z kolejki. Chińska dzielnica nie jest zbyt wielka, zaledwie kilka uliczek wypełnionych straganami z bazarową różnorodnością towarów. Królują zegarki (nie sprawdzałem, czy rolexy tańsze niż w Chinach, gdzie oferowano nam je po 5USD…), ciuchy, torebki i to co u nas na bazarach. Tylko polskiego się nie słyszy. Ups, przepraszam! Spotkaliśmy grupę polskich niepełnosprawnych siatkarzy (piłka plażowa), którzy właśnie zdobyli złoty medal! Chwila rozmowy, gratulacje i dalej do „Małych Indii”. Po drodze mijamy meczet, pięknie oświetlony, docieramy do Old Market. Oglądamy trochę innego rodzaju świecidełka, stroje, chusty, ale nie znajdując nic dla siebie wracamy do Chinatown na zasłużony posiłek. Wybieramy (bo nic ciekawszego nie znaleźliśmy) jakąś potężną jadłodajnię. Dookoła wielkiego pomieszczenia stoiska z przygotowanym lub gotowym do zrobienia jedzeniem. Napisy w trzech językach i dodatkowo zdjęcia (piękne!) gotowych potraw. Wybieram (szczęśliwie) jagnięcinę z ryżem, Ania zaś kurczaka. Wszystko byłoby dobrze, gdyby z kurczaka podawali mięso. A oni tu tną ptaka jak leci! Tak więc mięso pomieszane z kośćmi. Żuć? Ssać? Połykać wszystko? Ktoś wyszedł z tego obiadu głodny tak, jak wszedł…
Więc jeszcze raz Petronas, zdjęcia nocne i już lepszy posiłek. Strawny. Pożywny. Zakup picia i do hotelu. Jak dla nas to późna pora, ale nie dla tubylców, którzy w zasadzie niedawno rozpoczęli nocne (wieczorne) życie. Sprawdzić pocztę i spać!